
Michał Cała to niedościgniony mistrz czarno-białych pejzaży dokumentujących głównie Śląsk, Ziemię Wałbrzyską i galicyjskie miasteczka. Dokumentujący ziemię opanowaną i zdegradowaną przez ciężki przemysł oraz to co spotyka podróżując drogami polskiej prowincji. Niewątpliwie jest jednym z niewielu fotografów w przekonujący sposób pokazujących te miejsca tak, jak wyglądały pod koniec ubiegłego stulecia. Ale jest też artystą wciąż aktywnym, poszukującym nowych tematów.
Przełom XX i XXI wieku przyniósł wielkie zmiany w naszym kraju: ustrojowe i gospodarcze. Poczęła też zmieniać się rzeczywistość wokoło nas. Wolny rynek, rodzący się kapitalizm, pośrednio wymusił zmiany w krajobrazie spokojnych do tej pory miast i miasteczek. W miejsce od lat nie odnawianych budynków, w miejsce odrapanych, szarych, nieciekawych elewacji pojawił się kolor. Drobni przedsiębiorcy zrazu nieśmiało, a potem już coraz odważniej organizowali swoje miejsca pracy. Sklepy, sklepiki, salony urody, miejsca świadczące usługi dla ludności zaczęły przyciągać klientów krzyczącymi kolorami ścian, czasem nieporadnie, ręcznie malowanymi szyldami. Tak właśnie mieszkańcy gminnych i powiatowych miejscowości zaczęli zaznaczać swoje miejsce na ziemi.
Autor odwiedził tą powiatową i gminną Polskę w latach 2014 – 2018. To czas przeobrażeń, na które niestety nie zawsze wystarczało pieniędzy. Ta część Polski od wielu lat była szczególnie niedoinwestowana. W dużych miastach zmiany następowały szybciej i bardziej dynamicznie: Polska powoli doganiała Europę. Jednak Michał Cała pozostał wierny miejscom, gdzie życie toczy się powoli. Te miejsca określane są zwykle słowem: prowincja. Tam też można spotkać ludzi żyjących z dnia na dzień, skrywających swoje życiowe problemy za ścianami domów, ale też mających wielkie marzenia. Oglądając fotografie z cyklu przedstawionego na wystawie dostrzegam dużą zmianę w porównaniu z ikonicznymi pracami tego autora z XX wieku: na twarzach ludzi żyjących w tych prowincjonalnych miasteczkach coraz częściej pojawia się uśmiech. Bo może jakaś różowa, radosna ściana pojawiła się w miejsce brudnej, odrapanej elewacji? Bo może ktoś nareszcie dostał pracę i nie musi martwić się jak dotrwać do pierwszego? Bo, żeby cokolwiek kupić nie trzeba jechać do odległego miasta? Niektóre obrazy wywołują uśmiech na twarzy widza: „tani Armani”, punkt sprzedaży lodów z chodniczkiem ze sztucznej trawy czy usytuowany w szczerym polu „skup aut”. Przypomina mi się refren popularnej piosenki: „Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco. A tam, gdzie to kretowisko, będzie stał mój bank”. To pewno ciche marzenia sporej części mieszkańców tych miejsc. Autor o tym wie i przy pomocy aparatu fotograficznego stara się zarejestrować te marzenia, ukryte nieraz za kawałkiem pomalowanej na jaskrawy kolor ściany ze zwykłej dykty. Przy okazji powstał niezwykle wyrazisty i cenny portret prowincjonalnej Polski początku XXI stulecia.
Antoni Kreis